REFLEKSJE RACZKUJĄCEJ PRZEDSIĘBIORCZYNI

MAM JUŻ ROCZEK!

Rok temu założyłam swoją firmę. Ciekawe doświadczenie! To był rok starań, żonglowania między branżami, połykania książek biznesowych, budowania relacji, uważnych obserwacji i rozmów. To była też szybka nauka pływania w morzu zachowań i mechanizmów rynkowych, które tak naprawdę cały czas poznaję. Przede wszystkim jednak był to rok przeznaczony na naukę pokory – Master Level.

Ledwie zaczęłam raczkować a zarówno mnie, jak i rynek oczywiście, dopadły wirusy, lockdown, dystans fizyczny, niekiedy społeczny, brak zleceń, brak twarzy, zdalna praca, zdalne nauczanie i ból pleców, który w tym wszystkim i tak wydaje się być zaledwie niewielką drzazgą.

UGRUNTOWANIA NIEPEWNOŚĆ LOSU

Od kiedy pamiętam należałam  do kategorii prekariuszy. Właściwie prekariuszką jestem od ponad 20 lat. Pracowałam na umowę o dzieło, zlecenie, staż, część etatu, czas określony i również prowadziłam już wcześniej działalność gospodarczą. Taka sytuacja zmusza do budowania innej perspektywy czasowej, do innego planowania finansów, ale przede wszystkim do zupełnie innego myślenia o karierze zawodowej. Samodzielne doszkalanie, szukanie tożsamości zawodowej, odnajdywanie swojego miejsca wśród współpracowników, z którymi i tak za moment trzeba się rozstać  – to są kwestie, które mi zaprzątały głowę. Nie było nic na dłużej. Dodatkowo sprawę utrudniał brak informacji zwrotnej, brak poczucia bycia częścią zespołu, brak możliwości tworzenia i realizacji wizji firmy, bo przecież było się „kimś tam” na „jakiś czas”.

Myślę więc, że w którymś momencie ważne stało się dla mnie budowanie swojej ścieżki zawodowej opartej przede wszystkim na długoletnim doświadczeniu w różnych obszarach – badaniach społecznych, analizach społecznych, uczeniu innych, realizacji różnorakich projektów naukowych i komercyjnych. Dlatego naturalną rzeczą było założenie własnej firmy, aby pracować sobą i na siebie.

NIEZBĘDNIK RACZKUJĄCEJ PRZEDSIĘBIORCZYNI

Co sprawiło, że postanowiłam prowadzić firmę? Co mnie umacnia każdego dnia w tej decyzji?

Otóż okazuje się, że istnieją we mnie pewne  zasoby, które okazały się być mocnym fundamentem mojej codziennej działalności i dzięki którym tak naprawdę podjęłam tę decyzję.

  • MINIMALIZM  – Minimalistką jestem z natury. Mam mało rzeczy, nie mam rozbujałych potrzeb, korzystam z tego co już mam. Sprawdziło się to bardzo dobrze w pierwszym roku  prowadzenia działalności, czyli przede wszystkim minimalne koszty. Dodatkowo ważne stało się budowanie poduszki finansowej, bez względu na wielkość przychodów. Odkładanie pieniędzy na rozwój firmy, brak nadmiernego  konsumpcjonizmu okazały się dobrym krokiem. I jak się okazało na początku marca  – właściwym.
  • OSWOJONA NIEPEWNOŚĆ – Bycie prekariuszką jednak czegoś uczy, niepewność się oswaja i jakże jestem zaskoczona, że mogłam ten zasób wykorzystać w budowaniu podejścia do prowadzenia firmy.
  • BUDOWANIE TOŻSAMOŚCI – Nauczyłam się już wcześniej, żeby zbierać dobre doświadczenia zawodowe i dzięki temu jasno określać profil mojej działalności. Jednakże odpowiedzialność za siebie pod szyldem swojego nazwiska, na którym buduję markę wykreowało mocne rusztowanie w mojej głowie, co przekłada się przede wszystkim na tworzenie usług. Bycie sobie sterem, żeglarzem i okrętem stało się częścią mojego życia zawodowego, w dodatku przyjemną częścią. Nie podszywam się już tak często pod projekty innych. Buduję, pracuję i zarabiam, co sprawia, że jestem na swoim miejscu. Ze swoją marką nie rozstanę się tak szybko i dzięki temu ramy czasowe moich działań wydają się być bardziej elastyczne. Już nie ma „na chwilę” i „z kimś tam”.
  • BRAK ZACHŁANNOŚCI – Jedyna rzecz, na którą jestem zachłanna to wiedza, kontakt z drugim człowiekiem, budowanie relacji. Nie jestem zachłanna na PIENIĄDZE, mimo tego, że firmę prowadzi się po to, żeby zarabiać. Jest  pewien pułap finansowy, który dla siebie określiłam. To w dużym stopniu pozwala mi pracować, ciągle się uczyć i dbać o jakość usług, które oferuję.

Przede mną jeszcze wiele wyzwań, głównie związanych z działalnością online, social mediami, marketingiem. I marzy mi się, żeby za rok napisać o tym jak na drugie urodziny wyszłam z rynkowych pieluch!

ZAMASKOWANI

Patrzę w oczy, głównie w oczy, nie mogę zobaczyć mimiki całej twarzy.

Trudno mi jest z tym. Jestem badaczką społeczną, zawodową obserwatorką życia społecznego i nagle zabrano mi przedmiot obserwacji! Ludzką twarz! Taką w całości! Kawałek przestrzeni do obserwowania tylko został! Nie mam problemu z tym,  żeby komuś patrzeć w oczy, ale teraz z ogromnym przytupem mi to narzucono.

Maska służy do ochrony naszego zdrowia. Maska jednak chroni nas nie tylko przed wirusami. Chroni naszą tożsamość. Bywa zastępczynią naszej osobowości. Wtedy częściej używamy ich świadomie, świadomie ją wybieramy.

Maska stanowi element zabawy, kultu, ale jednak jest to nadal wybór. Jeżeli chcę uczestniczyć w jakimś wydarzeniu, a wymogiem jest nałożenie maski, to ostatecznie ja decyduję czy ją założyć, mimo przekonania, że nie mam innego wyjścia.

Maska sprawia, że jesteśmy bardziej anonimowi. Nasze zachowania wtedy częściej niż zwykle mogą odbiegać od przyjętych norm społecznych. Trudniej złapać złodzieja, jeżeli podczas rabunku ma zakrytą twarz. Łatwiej zatracić się w szaleństwie zabawy, jeżeli dzięki założonej masce nikt nas nie rozpozna.

Nosimy maski symboliczne. W teatrze życia społecznego maski dobieramy w zależności od odgrywanej roli. Chronimy się  w ten sposób, robimy wrażenie, wywieramy wpływ na innych, dopasowujemy do zadań związanych z rolą. Rekwizyt, bez którego na scenę społeczną trudno wyjść. Maska jest wtedy wentylem bezpieczeństwa, rozgrzeszeniem naszych zachowań. Odkładamy ją później jak buty do szafki po odegranym przedstawieniu.

Dlaczego tak niewygodnie mi z byciem Zamaskowaną? Dlaczego wewnętrznie buntuje się? Dlaczego mam wrażenie, że działam po omacku?

Myślę, że nie jest mi dane pokazać tych wszystkich masek, których symbolicznie używam, które na co dzień pomagają mi komunikować się z innymi. Nakazano mi zakryć narzędzie komunikacji ze światem. I chociaż wiem, że to dla zdrowia innych i mojego, to nie mogę swobodnie żonglować ekspresją swojej twarzy. Nie mogę twarzy używać w pełni jako środka przekazu. Ogranicza to znacznie możliwość odgrywania ról w taki sposób jakbym tego chciała, albo jaki jest oczekiwany.

Nadal mnie uwiera niemożność czytania z ludzkiej twarzy. Taki wirus codziennej komunikacji.